Czy trening ma boleć?

Dlaczego czujemy, że ćwiczymy dopiero kiedy odczuwamy ból? Dlaczego jeśli nic nie boli, uznajemy, że robimy coś nie tak? Prawie w każdej grupie na moich zajęciach, prędzej czy później, padają te pytania:

– co powinnam teraz czuć?
– co powinno mnie teraz boleć?
– dlaczego mnie nie boli?
– dlaczego robimy tak wolno?
oraz moje ulubione:
– czy to działa, skoro mnie nie boli?

Od razu zaznaczam, bo chcę być dobrze zrozumiana – nie ma głupich/złych/nieodpowiednich pytań. Zawsze mówię podopiecznym, że jeśli coś nie jest dla nich jasne, to powinni pytać, choćby i po naście razy o to samo. Ale mówię też, że skoro pytają, to powinny być gotowi na odpowiedzi, które mogą ich nie usatysfakcjonować…
Jedna z nich może brzmieć – „nie wiem”, a druga, często przeze mnie udzielana, brzmi „a czemu, na miłość boską, chcesz żeby cię bolało”?

I ten tekst będzie o tym. O kulcie bólu, znoju, zakwasów lub wręcz urazów (!!!) w sporcie.

Mam wrażenie, że w kulturze zachodniej jesteśmy ciągle przekonywani, że każdy sport ma boleć, ma się lać pot, następnego dnia mamy nie móc wstać z łóżka. Że skoro coś się „samo” naderwało, to i „samo” się zagoi. Że jak boli w danej pozycji, to muszę docisnąć, aż przestanie boleć. Że jeśli nie wydarza się żadna z powyższych rzeczy podczas zajęć, to znaczy, że zmarnowałam/em czas i pieniądze, bo przecież każdy efekt musi być okupiony krwią, potem i łzami.

I – żeby było jasne – sama lubię się czasem styrać. Lubię się spocić gdy biegam, lubię się zgrzać w saunie, lubię wejść do zimnego morza i lubię tzw. „dobry ból” podczas rozciągania czy głębokiego masażu. Ale już wiem kiedy powiedzieć basta.
Piszę „już”, bo długo sama ćwiczyłam w sposób przypominający bardziej działania autoagresywne, niż prozdrowotne. Do tej pory mam uszkodzony prawy bark (przewlekła kontuzja z czasów gdy trenowałam pole dance i siłowałam się ze sobą) oraz zagojone już (ale przypominające o sobie) naderwanie przyczepu mięśnia dwugłowego uda (szpagat na siłę bez odpowiedniej rozgrzewki). W zasadzie to cud, że nie mam więcej takich kwiatków…
Dziś, z perspektywy czasu, oceniam takie podejście do sportu i ciała jako krótkowzroczne i niefrasobliwe, a licytowanie się w szatni po treningu na kontuzje za bardzo szkodliwe…

Czasem nawet myślę, że praca powolna, głęboka, spokojna, „introwertyczna”, czyli połączona z obserwacją własnego ciała i jego reakcji, jest znacznie trudniejsza niż skakanie do upadłego w rytm dudniącej muzyki zagłuszającej instruktora, własne myśli i sygnały z ciała.
Zastanawiam się, czy nie irytuje nas taka powolna „wsobna” praca z ciałem dlatego, że nie chcemy skonfrontować się z własnymi obawami, emocjami i wspomnieniami, które mogą do nas przypłynąć, gdy położymy się na macie i zaczniemy głęboko oddychać.

Okazuje się, że relaks jest strasznie trudny i frustrujący! Że łatwiej jest uprawiać dzikie harce niż leżeć! Bo gdy się położę i przestanę ROBIĆ, to zacznę MYŚLEĆ oraz CZUĆ.

A odpowiadając na zadane na początku pytania:
* co powinnam/powinienem teraz czuć? – nie wiem. Każdy z nas będzie czuł w danej pozycji trochę co innego. Oceń czy to, co czujesz jest przyjemne czy nie i jeśli nie, to nie forsuj się i wyjdź z pozycji.

* co powinno mnie teraz boleć? – mam nadzieję, że nic! A jeśli już, to będzie to tzw. „dobry” lub „konstruktywny” ból. Czyli np. ból rozciągania bardzo spiętego miejsca. Ale nie forsuj się, żeby niczego nie naderwać. Nie pogłębiaj na siłę zakresów, nie szarp, nie pulsuj, nie dociskaj.

* dlaczego mnie nie boli? – bo najwidoczniej nie musi. Może akurat w tym stawie masz takie zakresy, że cię nie boli. Oczywiście istnieje też ryzyko, że przyjęłaś/przyjąłeś nieprawidłową pozycję, więc spróbujmy jeszcze raz, zgodnie z moimi wskazówkami, ale jeśli nadal nie boli, to super!

* dlaczego ćwiczymy wolno? – żeby robić bezpiecznie, technicznie poprawnie, z uwagą skierowaną „do środka” na detale. Żeby łatwo zaobserwować progres następujący z zajęć na zajęcia. Żeby zdążyć się zatrzymać i cofnąć zanim nabawimy się kontuzji. Żeby zobaczyć jak nasze ciało reaguje na dane ćwiczenia w zależności od naszego samopoczucia (w stresie jesteśmy bardziej napięci), ogólnej kondycji (np. nawodnione osoby łatwiej się rozciągają. Powięź potrzebuje dużo płynów!), momentu cyklu u kobiet (często, choć nie zawsze, podczas owulacji wzrasta wydolność, a w ostatniej fazie cyklu spada. Podczas ciąży łatwiej przychodzi nam rozciąganie się, ponieważ wydziela się „rozmiękczająca” relaksyna, która ma pomóc podczas porodu. Zatem trzeba bardziej uważać podczas stretchingu, żeby nie przekroczyć bezpiecznych zakresów w stawach).

* czy to działa, skoro mnie nie boli? – TAK. Jeżeli przy danym ćwiczeniu nie sapiesz, nie pocisz się, nie oznacza, że ono nie działa. Warto docenić małe przyjemności, jak głębszy oddech, rozluźnienie szczęk, uczucie miękkości itp. Nauczmy się cieszyć z tego, że coś jest przyjemne, a nie bolesne.

 

O autorce:

Kamila Raczyńska-Chomyn – absolwentka pedagogiki resocjalizacyjnej na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, Podyplomowych Studiów Wychowania Seksualnego przy Wydziale Pedagogicznym UW oraz Szkoły Warsztatu i Treningu Psychologicznego w Ośrodku Pomocy i Edukacji Psychologicznej INTRA. Od 2004 r. aktywna edukatorka seksualna i nauczycielka wychowania do życia w rodzinie. Od 2013 instruktorka sportu i rekreacji oraz trenerka personalna. Pomysłodawczyni i inicjatorka projektu Dobre Ciało – lekcji świadomej nauki pracy z mięśniami dna miednicy. Prowadzi wykłady i szkolenia dla kobiet, które chcą nauczyć się świadomie operować napięciem i rozluźnieniem oraz dowiedzieć się, ile dobrego może dla nich, z takiej pracy, wyniknąć.

http://dobrecialo.pl/

https://www.facebook.com/DobreCialo/