Dam radę czyli historia pewnego marzenia cz. 1

Zawsze marzyłam o własnym studiu treningu personalnego, jednak wizja kosztów, które trzeba ponieść, poszukiwania lokalu, a następnie zdobywania klienta wydawała mi się nawet z moim pozytywnym nastawieniem do życia krokiem bardzo trudnym do zrobienia.

 

Do tej pory prowadziłam treningi personalne w klubie fitness na sali ćwiczeń siłowych, wykorzystując do tego celu dostępne tam urządzenia i akcesoria. Ponadto wynajmowałam w klubie gabinet na potrzeby konsultacji dietetycznych. Półtora roku temu okazało się, że klub, w którym wynajmuję sale, został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście nie działo się to z dnia na dzień, ale to był ten moment, w którym należało zacząć rozglądać się za czymś własnym. To był też ten moment, w który pomyślałam, bez większych analiz, DAM RADĘ.

Lokal
Miałam odłożone 40 tysięcy złotych. Pomyślałam sobie, że na remont wystarczy, pewnie zostanie jeszcze na sprzęt. Jak bardzo się myliłam, okazało się w tzw. międzyczasie. Żeby kupić lokal pod działalność postanowiłam sprzedać mieszkanie. Niestety, ceny lokali i mieszkań dzieli, przynajmniej w moim regionie, wielka przepaść…
Weszłam na stronę agencji nieruchomości, wrzuciłam w warunkach wyszukiwania cenę do 200 tysięcy zł, bo tyle miałabym ze sprzedawanego mieszkania, i pierwszy lokal, a właściwie mieszkanie przykuło moją uwagę ‒ 70 mkw. w samym centrum miasta. Wydało mi się to nawet zbyt piękne, by było możliwe. Taka cena w śródmieściu była atrakcyjna. Okazało się, że mieszkanie jest w przyziemiu lub inaczej mówiąc jest sutereną. Poza tym jego rozkład był taki, że wydawało się być mało funkcjonalne. Dwa pokoje przechodnie, które raczej powinny być jednym dużym niż dwoma małymi lub należałoby wybudować korytarz ze stratą dla metrażu, żeby móc bezkonfliktowo korzystać z dwóch pokoi. Na potrzeby mojego studia wydało się jednak idealne. Połączenie dwóch pokoi poprzez wyburzenie ściany między nimi dawało szansę na salę do treningu wielkości 45 mkw. (do tej pory taka powierzchnia wystarczała na trening z klientami). Lokalizacja pomieszczeń w przyziemiu również miała same plusy. Po pierwsze, klient nie musi wchodzić przez wspólną klatkę, co może przeszkadzać współlokatorom kamienicy, po drugie, nikomu nie będą po stropie waliły spadające ciężary, po trzecie, nie trzeba się liczyć z nośnością stropu, a po czwarte ‒ latem jest przyjemnie chłodno bez konieczności uruchamiania klimatyzacji. Budynek (kamienica) był wyremontowany, ocieplony, z drenażem, co ma istotne znaczenie z punktu widzenia ewentualnego zawilgacania i zagrzybiania ścian. Na moje mało profesjonalne oko było sucho i bez grzyba. Zakochałam się w lokalu od pierwszego wejrzenia (a właściwie wizyty). Po prostu czułam, że to jest to. Następnego dnia powiedziałam TAK, nie mając póki co zasobów na zakup…
Na rynku nieruchomości wiele się nie działo, a mimo to obie transakcje zostały zsynchronizowane. Szczęśliwie udało się zgrać sprzedaż mieszkania i zakup lokalu. I jak tu nie wierzyć w pozytywne myślenie. Zakup mieszkania to jedno, a reszta, czyli remont i formalności ‒ to drugie.

Remont
Od razu muszę zaznaczyć, że dalsza opowieść nie do końca świadczy o moim profesjonalnym podejściu do sprawy. Postanowiłam stworzyć wymarzone studio nie ponosząc wielkich nakładów finansowych, bez projektu, z planem jedynie w głowie, bez sprzętu, który też był w głowie. Środki na remont czerpałam z bieżącej pracy, czyli dotychczasowej działalności jako dietetyk, trener personalny i szkoleniowiec w weekendy. Pracowałam po 12 godzin dziennie przez 7 dni w tygodniu, czasami nie mając ani jednego dnia wolnego przez dłuższy czas. Miałam za to jeden główny cel – studio ‒ i regularnie tworzyłam sobie cele krótkoterminowe, np. teraz zbieram na elektrykę, teraz zbieram na podłogę, teraz zbieram na armaturę, skoro zarobiłam więcej lub wpadły dodatkowe finanse to kupię lepszy osprzęt lub lepsze kafle i tak „apetyt rósł w miarę jedzenia”, a ponieważ nie zdążyłam otworzyć studia w terminie pierwotnie założonym, to starałam się inwestować powoli, na bieżąco i w miarę możliwości kupowałam dobre jakościowo i markowe materiały, choć założenie na początku było: szybko i tanio. W dzień pracowałam, w nocy buszowałam po internecie, szukając rozwiązań moich problemów czy zamawiając sprzęt. Na budowę wpadałam między spotkaniami z pacjentami czy treningami z klientami.
■ Etap 1. Formalności
Zaczęło się od planu połączenia dwóch pokoi i włożenia stalowego dźwigara zamiast wyburzonej ściany nośnej, tak aby cztery piętra kamienicy nade mną nie wpadły mi do mieszkania. Z połączonych pokoi miała powstać sala treningowa, kuchnia o powierzchni 10 mkw. miała stać się biurem, a łazienka i pomieszczenie gospodarcze – oba po około 4 mkw. ‒ dwiema łazienko-ubikacjo-szatniami.
Ponieważ to lokal w budynku należącym do wspólnoty mieszkaniowej, musiałam mieć zgodę ze spółdzielni oraz od lokatorów na wstawienie dźwigara. Jak pozyskać zgodę od ludzi, których się nie zna i którym może grozić ewentualna katastrofa budowlana? Zaprzyjaźniłam się z szefem wspólnoty i na wszystko mówiłam TAK. Ostatecznie zrobiłam kilka rzeczy dla wspólnoty na własny koszt, m.in. oświetlenie zewnętrzne, wyprowadzenie wody do podlewania trawnika, odpowietrzenie kanalizacji itd. To były dodatkowe spore koszty, ale wkupiłam się we wspólnotę, co później miało duże znaczenie przy pozyskiwaniu kolejnych zgód. Konieczny był projektant, projekt, zgoda nadzoru budowlanego na rozpoczęcie „budowy” i zakup oraz transport odpowiednio grubego dźwigara. Tu pojawiła się szeroka gama problemów, od niewłaściwego przekroju dźwigara do wywozu gruzu z ciasnej uliczki, przy której znajduje się lokal…
Na tym etapie robót pomyślałam sobie, że należałoby przecież zmienić sposób użytkowania mieszkania na lokal. Żeby zrobić taką zmianę, trzeba złożyć specjalny druk w urzędzie miasta w wydziale urbanistyki, architektury i budownictwa. Do druku należy załączyć m.in. opis techniczny obiektu, mapę (miasta) z naniesionym budynkiem i obszarem zmian, zaświadczenie prezydenta miasta o zgodności zamierzonego sposobu użytkowania obiektu budowlanego z ustaleniami obowiązującego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego albo decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, ekspertyzę techniczną wykonaną przez osobę posiadającą uprawnienia budowlane. Okazało się, że nasze miasto wojewódzkie nie posiada planu zagospodarowania przestrzennego w centrum i nie zanosi się, aby coś się w najbliższych latach miało zmienić, zatem otwarcie jakiegokolwiek nowego miejsca, czy wybudowania, czy zmiany z mieszkania na lokal, jest niemal niemożliwe. Ostatecznie może się okazać, że wydadzą mi decyzję o warunkach zabudowy, ale w bliżej nieokreślonym czasie. Poinformowano mnie, że mogę czekać na taką decyzję kilka miesięcy. Kolejny problem pojawił się z ekspertyzą techniczną. Pani z nadzoru (znalazłam taką z uprawnieniami) powiedziała co i jak ma być i że opisze wszystko, a ja miałam zadbać o wentylację, ale sanepid uznał że trening personalny to klub fitness i powinny być spełnione warunki jak dla klubu, czyli nie będzie to możliwe w mieszkaniu… Ponadto sanepid miał zastrzeżenia do pracy ludzi poniżej poziomu gruntu. Na nic się zdały tłumaczenia. W urzędzie miasta natomiast dowiedziałam się, że przecież działalność może polegać na tym, iż klient przychodzi do trenera do domu poćwiczyć, albo trener jeździ do klienta, a by otworzyć biuro, nie trzeba robić zmiany sposobu użytkowania. W związku z wizją piętrzących się problemów postanowiłam nie zmieniać sposobu użytkowania mieszkania. Mieszkanie pozostało mieszkaniem i można właściwie w nim mieszkać. Ma kuchnię, ukrytą w szafie biurowej, ma łazienkę, a nawet dwie, i duży pokój z ciekawymi konstrukcjami treningowymi. Każdy może przecież urządzić mieszkanie, jak mu się podoba. W urzędzie miasta zgłosiłam, że na 30 proc. powierzchni prowadzę działalność gospodarczą. Od 30 proc. powierzchni płacę wyższy podatek od nieruchomości i tylko 30 proc. wartości faktur za remonty mogłam zaksięgować w koszty działalności. Takie rozwiązanie ma swoje plusy i minusy.

Plusy: dużo mniej formalności, mniejsze obostrzenia, brak konieczności prowadzenia książki obiektu i związanych z tym obowiązkowych przeglądów, żadnych wymogów sanitarnych czy architektonicznych, możliwość sprzedania mieszkania po kilku latach bez konsekwencji podatkowych (gdyby stał się lokalem – należałoby zapłacić podatek dochodowy i VAT w momencie sprzedaży, a to pochłania około 40 proc. jego wartości), mniejsze opłaty typu podatek od nieruchomości.

Minusy: 70 proc. wartości faktur za remont czy kosztów eksploatacyjnych (woda, prąd, gaz, śmieci) nie jest zaliczanych w koszty, działalność trenerską czy dietetyczną mogę prowadzić jedynie osobiście, nie mogę zatrudniać pracowników w tym miejscu, brak możliwości prowadzenia treningów grupowych czy kilkuosobowych, bo w takiej formule ma to być na zasadzie trening w domu, w mieszkaniu u mnie lub u klienta.
Etap 2. Elektryka
Następnym etapem robót było wejście ekipy budowlanej ‒ podobno ekipy, która robi wszystko i która miała wykończyć pod tzw. klucz. Plan miałam napisany i narysowany na kartce. W podpunktach wymienione wszystkie rzeczy do zrobienia. Już w pierwszym dniu okazało się, że owa ekipa na tak rozbudowanej instalacji elektrycznej się nie zna, a instalacji CO też się nie tyka. Ręce mi opadły. Runął plan bezproblemowo przebiegającego remontu, gdzie ekipa wchodzi i wychodzi i wszystko jest idealne.
Zadzwoniłam zatem do znajomych elektryków z prośbą na wczoraj o pomoc przy małej instalacji elektrycznej. Nie wiem jak to możliwe, ale pojawili się na drugi dzień (może dlatego, że nie byli tacy dobrzy w swoim fachu). Elektrycy postawili diagnozę: cała instalacja do wymiany. Dziwne. Przecież, kiedy kupowałam mieszkanie, właściciele zapewnili mnie, że instalacja jest nowiutka, po remoncie. Rozrysowałam gniazda i włączniki na ścianie (ołówkiem), pokazałam, gdzie chcę oświetlenie ledowe, gdzie powinny być zasilacze do ledów, gdzie będą multimedia. Elektryk miał wejść na góra trzy dni, siedział tam miesiąc, robiąc demolkę. Do wycięcia bruzd w ścianach na nowe kable użył takiej wiertarki udarowej, że wyżłobił dziury po 5‒10 -centymetrów szerokie i głębokie, naruszając dookoła tynki. Ponadto przewiercił się przez rurę CO, nic mi o tym nie mówiąc. Szczęście, że ekipa budowlana zauważyła wyciek wody ze ściany i na moją prośbę po jej rozkuciu okazało się, że rura została draśnięta wiertłem. Nie chcę myśleć, co by było, gdybym uwierzyła elektrykowi, że to na pewno nie rura CO, i zatynkowała ścianę w takim stanie. Po zakończeniu instalacji elektrycznej (położeniu kabli i puszek) elektrycy wspólnie oznajmili: „pani przyłącze do skrzynki z korkami nie wytrzyma tej instalacji, konieczne jest nowe przyłącze”. Nogi ugięły mi się kolejny raz… Dlaczego dowiaduję się o tym po miesiącu prac nad elektryką? Pytanie pozostało bez odpowiedzi.
Żeby zrobić nowe przyłącze, należy rozpruć kawałek klatki schodowej, wyjść kablem z włącznika głównego prądu, zakupić nowy licznik (bo mój znajdował się z niewiadomych powodów na II piętrze ‒ to w końcu 100-letnia kamienica), z licznika wkuć się do piwnicy jednego z mieszkańców, tak żeby nic nie uszkodzić, następnie przekłuć się do mojej łazienki, a stamtąd do skrzynki z korkami. Na te wszystkie działania trzeba mieć zgodę wspólnoty, zgodę spółdzielni oraz zgodę sąsiadki i z tymi wszystkimi zgodami udać się do zakładu energetycznego, gdzie do miesiąca oczekuje się na wydanie warunków dotyczących zmiany przyłącza i usytuowania licznika. Uzyskanie zgody na demolkę klatki schodowej nie było łatwe, kolejny raz musiałam coś sponsorować wspólnocie, ale ostatecznie po miesiącu miałam zupełnie nowiutki licznik na prąd i zupełnie nowy kabel zasilający. Oczywiście to były koszty, których nie planowałam. Zresztą nie planowałam również wymiany całej elektryki…

Etap 3. Wentylacja
Okazało się, że ściany są potwornie krzywe, że sufity pękają, że podłoga w niektórych miejscach może być wilgotna, a ponadto ma kilka centymetrów różnicy poziomów.
Konieczne okazało się wylanie na podłogę żywicy epoksydowej (izolatora), następnie podłogi samopoziomującej. Do takich małych powierzchni nie za bardzo chciano przyjechać, ale udało się. Podłoga miała specjalne formy – wgłębienia na platformy do ciężarów… wymarzyłam sobie, że wszystko stworzy jeden poziom, a podesty zagłębię. Po wielu obliczeniach, pomiarach i porównaniach specyfikacji technicznej sprzętu i oczywiście po dopłacie dla firmy od podłóg zagłębienia powstały we właściwych (tak mi się wydawało) miejscach.
W międzyczasie zaczęłam analizować wentylację. Wiedziałam, że potrzebuję w każdym pomieszczeniu, w tym na sali ćwiczeń, przynajmniej czegoś w rodzaju wentylacji grawitacyjnej, czyli wpięcia się do właściwego komina wentylacyjnego. Poszłam zatem do kominiarza zarządzającego okolicą. Poprosiłam o wskazanie wolnych kominów wentylacyjnych dla mojego lokalu i wskazanie miejsca, gdzie mogę się wpiąć. Okazało się, że kominiarz to ktoś bardzo ważny i to nie taka prosta sprawa. Po miesiącu starań i zapłacie za inwentaryzację kominów w naszej kamienicy miałam papierek w ręku i całe kazanie kominiarskie. Dowiedziałam się, że w wyniku przeprowadzonej inwentaryzacji wyszły nieprawidłowości w całej kamienicy i nie powinnam się wpinać, bo przecież nieprawidłowości powinny zostać usunięte, a wspólnocie może grozić prokurator. Nieprawidłowości polegały na tym, że jakieś dwa mieszkania były wpięte do tego samego komina. Na pytanie gdzie on (kominiarz) był, kiedy ludzie się podpinali, dlaczego wcześniej nie było inwentaryzacji (100 lat ma budynek) oraz co on robi podczas regularnych corocznych kontroli kominów – nie uzyskałam odpowiedzi. Z otrzymanego planu wywnioskowałam, że w kamienicy panuje istna samowola, kominy wentylacyjne idą obok siebie w jednym ciągu z kominami spalinowymi z kuchenek i pieców gazowych oraz z kominami z kominków. W związku z tym, że to 100-letnia kamienica, kominy na pewno nie są szczelne, zatem nie wolno podłączać wentylacji mechanicznych, nawet w pochłaniaczach kuchennych, bo włączenie wentylacji mechanicznej może spowodować zaczadzenie w innym mieszkaniu. Firma budowlana wykuła otwór we wskazanym przez kominiarza wolnym szybie kominowym. W trakcie kucia okazało się, że w kominie znajduje się sadza, czyli komin nie jest wolny albo jest nieszczelny. Kolejny komin, który kominiarz wytypował jako wolny ‒ w łazience – okazał się kominem, którego u mnie nie ma; wskazał mi ściany innego mieszkania, mówiąc, że to w moim. Doszliśmy do tego dopiero po dwóch dniach główkowania i mierzenia odległości. Ostatecznie powstał komin w łazience, ale zaraz po tym jak to nastąpiło, kiedy włączał się mój kocioł gazowy, czułam obiad z czterech pięter powyżej, zaczęłam również czuć dym papierosowy i stęchliznę. Okazało się, że komin zamiast wyciągać, wpycha mi zapachy do lokalu. Zaczął działać w drugą stronę. Kiedy zatkałam jeden komin (ten od obiadów i papierosów), z komina na sali zaczynało być czuć spaliny i sadzę. Zawsze jeden komin wpychał powietrze, zamiast wyciągać. Któregoś dnia mnie olśniło, jak w bajce o Pomysłowym Dobromirze. Przecież jak coś wyciąga, to coś musi wpychać. Nie mam ani jednego wlotu powietrza w całym mieszkaniu. Zaczęłam czytać, dopytywać się, porozmawiałam też z mieszkańcami, przeszukałam internet. Okazało się, że moim mieszkaniu lata temu zaczadziły się dwie osoby, że kamienica w latach 70. posiadała system nawiewów pod oknami, który został zaprojektowany przez Niemców, dlatego budynek ma podwójne ściany z przestrzenią powietrzną pomiędzy nimi. Kiedy 30 lat temu zrobiono remont, wszystkie wentylacje ścienne zamurowano, a później wymieniono jeszcze okna na superszczelne. W międzyczasie będąc u znajomej w remontowanym lokalu zauważyłam wloty z kabelkami wystającymi ze ścian. Powiedziała mi o nawiewach z grzałkami oraz o firmie wiercącej dziury w ścianach (nie wiedziałam, że takowe istnieją, myślałam sobie ‒ ktoś mi wykuje). Wyszukałam w internecie, zamówiłam nawietrzaki z grzałką, żeby zimą nie wlatywało lodowate powietrze, zamówiłam firmę wiercącą. Tu warto wspomnieć, że wszystko było już pomalowane i niemal gotowe. Na takich ładnych ścianach firma rozstawiła sprzęt i zaczęła wiercić. Otwory okazały się mieć 60 cm głębokości. Dobrze, że pomysł kucia otworów nie został przeze mnie zrealizowany. Po wmontowaniu czterech nawietrzaków problem spalin i smrodów nie powrócił. Mimo wszystko jednak postanowiłam zakupić czujniki dymu, gazu i tlenku węgla. To koszt około 100 zł za urządzenie, ale może uratować życie.

Etap 3. Przygody z elektryką cd.
Po tym jak firma elektryczna dokonała instalacji kabli i puszek, a druga firma zrobiła lokal na czysto – tynki, malowanie, przyszedł czas na „czysty montaż elektryczny”. Wtedy okazało się, że źle zrobiona została instalacja pod ledy, o której elektrycy nie mieli pojęcia (co się okazało po fakcie), w efekcie czego spalone zostały dwa zasilacze oraz ściemniacze ledów, nie do końca działała również instalacja multimediów. Przy okazji montażu taśm ledowych na silikon, czego się nie robi (dowiedziałam się później), ubrudzone (wytłuszczone) zostały sufity ‒ w efekcie czego powstawały świetlne punkty. Niestety, konieczne było szlifowanie punktowo sufitu i ponowne malowanie. Z dużym niesmakiem pożegnałam elektryków, pojawili się następni fachowcy od ledów i multimediów. Naprawiając jedno, psuli drugie. Do pomocy wzięli więc kolejnego speca. Wszystko działało jeden dzień po tym, jak wyszli i rozliczyli się. Później kolejne (nowe) zasilacze spaliły się. Po długim czasie pojawił się czwarty spec od ledów i ten rzeczywiście był fachowcem, ale naprawa wszystkiego kosztowała bardzo dużo, to było jak robienie instalacji ledowych od początku, a nawet gorzej. W międzyczasie (przy próbie użytkowania) okazało się, że część gniazdek multimedialnych wypada ze ściany, zatem niezbędny był piąty fachowiec, który polutował to na nowo i zabezpieczył gniazda. Podsumowując: pięciu fachowców, sporo nerwów, dużo straconego czasu i wiele straconych pieniędzy. Jeszcze warto wspomnieć, że przy okazji przygody z elektryką i kolejnych domówień osprzętu (gniazda, ramki, zasilacze, ledy), jeden ze sklepów zbankrutował, na zamówienie czekałam trzy miesiące, ostatecznie ani zamówienia, ani pieniędzy – kolejne straty.

Etap 4. Łazienki
Dwa pomieszczenia o powierzchni około 4 mkw. Po połączeniu do dyspozycji było 8 mkw., z których należało zrobić łazienkę, ubikację i szatnię razy dwa. Chciałam dwie, bo gdy jedna osoba wychodzi z treningu, druga się w tym czasie przebiera lub bierze prysznic. Zadanie wydawało się nie do zrealizowania. W trakcie wyburzania ściany i skuwania podłogi, tak aby powstał jeden poziom, dokopaliśmy się do gruntu, nie było tam fundamentów. Okazało się, że ściany są wilgotne, że rury kanalizacyjne biegną tak, że robi się konflikt ze ścianami. Przerobienia wymagała cała instalacja wodna, kanalizacyjna i CO. Konieczne też było ułożenie funkcjonalne pomieszczeń, ale nikt nie chciał się podjąć zaprojektowania tego, gdyż wszyscy uważali, że moja wizja jest nierealna. Nawet sama próbowałam projektować na kartce. Ostatecznie podjęła się tego projektantka, dla której nie było rzeczy niemożliwych. Zrobienie projektu sytuacyjnego, zwymiarowanego i z doborem armatury, kafli i oświetlenia okazało się niewiarygodnym ułatwieniem pracy. Do łazienki po kolei podchodziło trzech fachowców. Pierwszy długo zwlekał, w końcu przyjechał, po dwóch tygodniach powiedział, że mu się nie opłaca, po miesiącu znalazłam następnego fachowca – też się wycofał, bo znalazł lepszą fuchę, a kolejny obiecał, ale w końcu wcale się nie pojawił. Straciłam trzy miesiące na poszukiwanie osoby chętnej do realizacji projektu. Ostatecznie sprawę w swoje ręce wziął mój ojciec – złota rączka, który właśnie otworzył małą firmę budowlaną za środki unijne, miał sprzęt i umiejętności. Realizacja szatnio-łazienek zajęła pięć miesięcy, choć planowałam miesiąc. Związane to było ze złożonością projektu, koniecznością wygrzewania podłogi po położeniu ogrzewania podłogowego i oczekiwaniem na zamówione materiały, czasami z potrzebą „odłożenia” finansów na realizację małego celu. W łazienkach zainstalowano ogrzewanie podłogowe, którego zasady działania, układania, podłączenia do CO, tak aby działało niezależnie i miało termostat, poznawaliśmy wspólnie z ojcem, przesiadując w internecie. Sama wybierałam każdy element, każdy detal do łazienki. Miało być szybko i tanio, a wyszło długo, drogo, ale porządnie i z klasą. Łazienko-szatnie robiłam wiedząc, że po tym miejscu najczęściej ocenia się cały obiekt. To tak jak w hotelu, gdzie duże znaczenie ma właśnie łazienka. Jest ogrzewanie podłogowe i grzejnik-drabinka w kolorze dobranym do kafli, na specjalne zamówienie, szafki na ubrania zrobione na wymiar, składane siedzisko (oszczędność miejsca), które zostało tak umiejscowione, żeby podczas schylania się do butów nie zaglądać do toalety. Siedzisko również ma swoją bogatą historię, bo jest to nietypowy i rzadko zamawiany produkt. W łazience są udogodnienia typu łyżka do butów, suszarka, duży zlew, duże kabiny (90 cm), dozowniki na mydło pod prysznicem i koło umywalek, sporo wieszaczków. W jednej z łazienek zmieścił się również zlew techniczny i szafka na środki czystości. Wszystko zostało utrzymane w klimacie szarości i inoxowego chłodu. Kiedy przeliczam koszty i analizuje ceny każdego ze znajdujących się tam elementów, myślę sobie, że we własnym domu tak bym nie zrobiła, ale to w końcu realizacja mojego marzenia.

Etap 5. Biuro – kuchnia
Biuro zaprojektowane zostało również przez projektantkę. Okazało się, że to ogromna pomoc, gdyż otrzymuję projekt zwymiarowany i funkcjonalny, tzn. że nie muszę się martwić o wysokości blatów, półek i siedzisk. Ponadto otrzymuję propozycję konkretnych materiałów czy wyposażenia. Kolejny raz jednak musiałam dołożyć też własne trzy grosze. Podpatrzona ściana z dekoracyjnego betonu, płyty meblowe na wysoki połysk, dodatki inoxowe, kafle imitujące starą drewnianą podłogę, jasne, ciepłe oświetlenie. Biuro jest jasne, industrialne, a zarazem „glamour”, do tego przy swojej małej powierzchni 10 mkw. spełnia wszystkie najważniejsze funkcje. Jest gabinetem dla dwóch pacjentów, ale w szafie jest miejsce na dodatkowe krzesełko, jest miejsce na odzież wierzchnią, w szafie mieści się również ksero, półki na segregatory, ale też zlew, lodówka, ekspres do kawy, czajnik, mikrofalówka i blender – można przygotować coś dla siebie lub klienta. Znalazło się miejsce na analizator składu ciała. Do biura doprowadzone są kable multimedialne z sali.

Etap 6. Hol i sala treningowa
Wchodząc do lokalu spotyka nas półmrok, szare ściany, czarny kamień rzeczny i kafle granitowe na podłodze, na ścianach naturalny kamień koloru szarego. Zamontowałam balustradę z myślą o niektórych moich pacjentach. Na schodach znajdują się nakładki antypoślizgowe, co zwiększa bezpieczeństwo. Do ściany przytwierdzone są składane siedziska, takie jak w łazienkach, dzięki czemu zaoszczędzam miejsce, kiedy są nieużywane. Siedziska, jak zapewnia producent, mają 150 kg wytrzymałości, co jest niezwykle istotne biorąc pod uwagę klientów gabinetu dietetycznego.
No i wreszcie sala treningowa. Ostatecznie okazało się, że wgłębienia w podłodze nie sprawdzą się, gdyż sprzęt, który miał stanąć w określonym miejscu, jest innych wymiarów, co ostatecznie sprawi, że będzie stał na podeście treningowym. Postanowiłam zatem wypełnić wgłębienia grubą gumą, którą kładzie się na podłogę w strefie wolnych ciężarów. Dzięki temu uzyskam elastyczność i zabezpieczenie podłogi. Zamówiłam specjalną podłogę w rolach, którą wybiera się wg gęstości i grubości w zależności od miejsca przeznaczenia. Wybrałam Everroll o wysokiej gęstości i grubości 10 mm. Taką podłogę można instalować w strefie wolnych ciężarów, zatem wybrałam jakby na wyrost, ale to zapewnia świetne tłumienie i spokój mieszkańców kamienicy. Dodatkowo w niektórych miejscach (koło stojaka z hantlami, przy stojaku z talerzami oraz w strefie, gdzie można zrzucać sztangę) mam pod podłogą we wgłębieniach 20 mm gumy. Podłoga przyjechała w rolach, na palecie, a jej 50 mkw. ważyło koło 300 kg. Rozładowanie graniczyło z cudem. Układanie podłogi na sali, jej przesuwanie, docinanie to kolejna porcja wrażeń. Ostatecznie nierówności, które powstały przy docinaniu, zamalowane zostały czarną farbą i wygląda jak idealnie dopasowana. Domalowany został również czarny pasek przy podłodze, który imituje cokół i zapobiega brudzeniu podczas sprzątania i treningu. Po podłodze przyszedł czas na sprzęt.  Napisałam biznesplan, przedstawiłam moje spodziewane zyski i obroty i udało się otrzymać leasing na bardzo korzystnych warunkach. Firma leasingowa uwierzyła w mój plan. Pierwsza wpłata 20 proc. wartości sprzętu, na trzy lata (chciałam szybko i boleśnie), całkowity koszt 3-letniego leasingu to 14 proc. wartości sprzętu. Za sprzęt o wartości 170 tys. spłacam raty w wysokości około 4500 zł miesięcznie.
Niestety ze sprzętem, nie poszło tak gładko jak z leasingiem. Od zamówienia do realizacji minęło kilka miesięcy. Formalności z leasingiem, reklamacja części, opóźnienia w dostawie części. Na szczęście mnie się już nie spieszyło, ale planując otwarcie na konkretny termin należy uwzględnić opóźnienia. Ostatnim sprzętem, jaki stanął na sali, jest konstrukcja funkcjonalna, która została zaprojektowana na wymiar, by stanąć dokładnie pod dźwigarem. Wyjątkowo ma trzy podpory z każdej strony, bo pomiędzy dwoma pojawiły się półki na piłki lekarskie i powerbagi. Konstrukcja ma mocowania TRX i Rip Trainerów, ma uchwyt do pompek, do przerzucania sztangi, a nawet na składany worek bokserski.
Na 45 mkw. sali znajdują się więc oprócz klatki dwie maszyny Dual Adjustable Pulley oraz Max Rack, do tego ławeczka na kółkach Multi Adjustable Bench, trenażer eliptyczny. Pozostałe wyposażenie to akcesoria: piłki lekarskie, heavy bary, stojak z hantlami z gumowymi wykończeniami, kettlebell ze stojakiem, gryfy o różnych kształtach i różnej wadze, stepy, bosu, shloshbagi, powerbagi, trampolina, piłki małe i duże, ovobale, maty, gumy, tubingi, paski do jogi. Nad właściwą intensywnością treningu czuwa system MyZone, który wyświetla mi na bieżąco puls ćwiczących, wysyła go poprzez internet do indywidualnego profilu uczestnika. Każdy może zabrać swój pasek ze sobą i trenować z nim poza studiem. Do paska można dokupić zegarek, żeby śledzić tętno. Klient, który pojawia się w zasięgu konsoli MyZone z paskiem, zostaje sczytany i mogę oprócz dzienniczka żywieniowego sprawdzić jego poczynania treningowe, ponieważ pasek ma pamięć wewnętrzną wykonanych treningów. Wszystko na sali jest tak zorganizowane, żeby jak najmniejsza liczba sprzętów leżała na podłodze. Część mieści się na oryginalnych stojakach, piłki na klatce, a reszta na stojakach wykonanych przez ojca złotą rączkę. Dzięki temu panuje porządek. Na sali znajduje się ekran LCD, na którym można wyświetlać prezentacje czy po prostu surfować po sieci. Ponadto jest projektor pod sufitem i ekran, który schodząc zasłania lustro. Kable wyprowadzone są w ścianach, dzięki czemu bez problemu można podłączyć laptopa. Docelowo w studio będą obywały się szkolenia dietetyczne i wykłady dla podopiecznych. Na ten czas na salę wnoszone będą rozkładane krzesełka. Internet w całym studio pochodzi z przenośnego routera LTE, taka opcja okazała się najwygodniejsza i najtańsza.

Na zakończenie
Studio jest niemal gotowe. Trwa kosmetyka, czyli powstają ostatnie stojaki, zamawiane są akcesoria biurowe, rolety, odbywa się malowanie podłogi funkcjonalnej. Niebawem startuję. Spełniłam swoje marzenie. W kolejnym wydaniu Magazynu Strefa Trenera napiszę o pozyskiwaniu klientów czyli moim sposobie na marketing i sprzedaż, a także o kosztach i zyskach czyli finansach studia.

 

Fot. archiwum własne Iwona Wierzbicka