Spokój i cierpliwość

Nigdy nie przypuszczałem, że to łyżwiarstwo szybkie pozwoli mi spełnić się w pracy komentatora sportowego. Każdy dziennikarz marzy, by było mu dane skomentować spektakularny sukces polskiego sportowca. I o dziwo to panczeny, którymi tak naprawdę niewielu chciało się zajmować, właśnie mi to dały. To dzięki Zbigniewowi Bródce i trenerowi Wiesławowi Kmiecikowi przeżyłem najcudowniejsze chwile w mojej dziennikarskiej karierze, relacjonując „złoty przejazd” Zbyszka Bródki na 1500 metrów podczas igrzysk olimpijskich w Soczi w 2014 roku. Wykrzykując wzruszony: „Matko jedyna, on to zrobił!!!”, nie sądziłem, że po półtora roku będę mistrzowskiej parze towarzyszyć w kolejnej batalii. Tym razem w powrocie do najlepszej formy i ścigania na najwyższym światowym poziomie. Z mistrzem olimpijskim i jego trenerem spotkałem się w niemieckim Inzell podczas zawodów Pucharu Świata.

 

Wiesław Kmiecik, trener
Wieśku, kto jest szefem w waszym mistrzowskim duecie?
‒ Oczywiście to trener szefuje, ale nie jest to styl prowadzenia zawodnika opierający się na założeniu, że trener jest nieomylny i co powie, to zawodnik musi zrobić. To ja przedstawiam program treningowy, potem zawsze jest na ten temat jakaś rozmowa i sugestie. Szczególnie wtedy, kiedy jest blisko startu. Wtedy słucham zawodnika, jakie jest jego samopoczucie, i podaję swoje propozycje. Zazwyczaj są to dwa warianty treningu. Potem dochodzimy do porozumienia i to, co ustalimy, realizujemy.

Po tym co mówisz wnioskuję, że wasza relacja jest partnerska?
‒ W dużym stopniu jest partnerska, ale kiedy już realizujemy program treningowy, to ze strony zawodników nie ma dyskusji. Oczywiście wszystko polega na doświadczeniu i rozpoznaniu możliwości zawodnika. Pewne schematy powielamy, tam gdzie trzeba dokonujemy zmian. Jeśli coś się sprawdziło i był sukces, to trzymamy się tej drogi. Zmian jest niewiele, bo z nimi jest różnie. Czasami dają pozytywne rezultaty, czasami nie.
Co robicie w sytuacjach kryzysowych? Jak motywujesz Zbyszka i przekonujesz do swoich racji? Ostatnio forma mistrza olimpijskiego nie jest najwyższa.
‒ Faktycznie. Sytuacja nie jest może kryzysowa, ale trudna ‒ i musimy sobie z nią poradzić. Forma jest poniżej oczekiwań i już zareagowaliśmy. Zmieniliśmy troszeczkę trening, mamy porozumienie i jestem przekonany, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Mamy jeszcze trochę czasu, by mógł wrócić do wysokiej dyspozycji. Wierzę, że w lutym 2016 na mistrzostwach świata w Kołomnie Zbyszek będzie w formie zbliżonej do tej najwyższej.
Ważna w tym momencie jest jego postawa. Z jego strony nie ma negacji, tylko chęć porozumienia, bo to wszystko ma poprowadzić nas w odpowiednim kierunku.
Jak wiele w waszych relacjach trener – zawodnik zmieniło się po igrzyskach olimpijskich w Soczi?
‒ Zmiany były i to pozytywne. Taki sukces bardzo zbliża. W pewnym sensie jesteśmy na siebie skazani. Nie wiem, jak długo Zbyszek będzie kontynuować karierę. Oczywiście chciałbym, by jeździł jak najdłużej i następne igrzyska w Korei były dla niego równie udane. Jednak prędzej czy później swoją karierę zakończy i nawet jeśli nie uda mu się tego sukcesu powtórzyć, to Zbyszek Bródka będzie postrzegany jako mistrz olimpijski, a ja jako trener mistrza.
Złoto olimpijskie w Soczi było historycznym sukcesem polskich panczenów. Obaj ciężko na to pracowaliście. W czym tkwi siła waszego mistrzowskiego duetu?
‒ Jeśli chodzi o moją osobę, to na pewno jest to doświadczenie. To, że tak długo jestem w tym fachu. Trenerem reprezentacji zostałem w 1988 roku. Pracowałem i odnosiłem sukcesy z Jaromirem Radke, Pawłem Abratkiewiczem, Pawłem Zygmuntem, Pawłem Jaroszkiem czy Arturem Szafrańskim ‒ zawodnikami ze światowej czołówki. Wiele zyskałem pracując w Holandii. Mam świetne, koleżeńskie relacje z Peterem Novakiem, który na co dzień szkoli mistrzynię olimpijską Martinę Sablikovą. Swego czasu współpracowałem także z Justyną Kowalczyk. To wszystko ma teraz znaczenie. Również to, że ze Zbyszkiem Bródką spotkaliśmy się w odpowiednim momencie. Podczas igrzysk w Vancouver nasza współpraca nie była jeszcze tak przejrzysta. Nie było mowy o partnerstwie, bo dopiero się poznawaliśmy. Potrzebowaliśmy czasu. Zbyszek czynił ciągłe postępy i po dwóch latach wspólnych starań zapisałem w swoim dzienniku, że zostanie mistrzem świata. Potem okazało się, że zdobył Puchar Świata i został mistrzem, ale olimpijskim. Naszą wielką siłą jest także osobowość Zbyszka. To nie jest osobowość przeciętna, tylko dużo, dużo ponad. Trzeba mieć szczęście, by trafić na wyjątkowy materiał ludzki, nie tylko pod względem fizycznym, ale także psychicznym.
Kiedy uwierzyłeś, że możecie osiągnąć sukces?
‒ U Zbyszka wszystkie cechy motoryczne są na bardzo wysokim poziomie. Ale jeśli chodzi o technikę i ruch łyżwiarski to było sporo do zrobienia. Małymi krokami poprawialiśmy te elementy i pewnego dnia, kiedy zobaczyłem, jak dobrze prezentuje się na lodzie, uwierzyłem, że może być najlepszy.
Jak Zbyszek przyjmuje twoje propozycje i uwagi dotyczące treningu? Robi to bezkrytycznie, czy może prezentuje także swoje przemyślenia na ten temat? Czy w tej materii pozostawiasz mu miejsce na własną inwencję?
‒ Pozostawiam. Z tym, że nie odbiega to generalnie od tego, co robimy w grupie. Oczywiście w jego przypadku jest trochę inaczej, bo pewne założenia treningowe, z racji obowiązków zawodowego strażaka, musi realizować w domu. Co do samego treningu, to wypracowaliśmy taki schemat, że dyskusje dotyczą właściwie tylko szczegółów.
A co jeśli tych szczegółów jest więcej i wasze wizje dotyczące treningu są różne. Kłócicie się? Jak rozwiązujecie takie problemy?
‒ Szukamy wspólnego rozwiązania. Czasami ustępuję, czasami go przekonuję do swoich racji. Zbyszek jest subordynowany. Nie rozwiązuje problemów mówiąc, że czegoś nie zrobi. Chociaż zdarzyło się, że zrobił coś w przygotowaniach, czego moim zdaniem nie powinien, i zazwyczaj odbijało się to niekorzystnie na jego dyspozycji. Generalnie ze Zbyszkiem współpracuje się bardzo dobrze. Trudne momenty się zdarzają, ale nie stanowią większego problemu.
Czego ty jako trener oczekujesz od Zbyszka we współpracy? Jakie są twoje wymagania, kiedy rozpoczynacie pracę w nowym sezonie?
‒ Sprawa dotyczy przygotowania jego organizmu do treningu i to pod każdym względem. Kluczowe jest utrzymanie jego cech motorycznych na najwyższym poziomie. Tu nie można sobie pozwolić na jakiekolwiek odstępstwa i na przykład nagłą przerwę w treningu. Na szczęście Zbyszek jest takim zawodnikiem, że nawet jeśli jest troszeczkę mniej przygotowany, to zadba o swój organizm na tyle, by nie stanowiło to większego problemu. Zresztą zawsze potwierdzają to wyniki badań, które wykonujemy w Instytucie Sportu. O pełnym zaangażowaniu zawodnika we wspólne działania nie będę się nawet rozwodzić, bo ten temat jest oczywisty. Jak pracujemy, to na 100 procent.
Na co zwracacie największą uwagę podczas przygotowań do startów? Jaki trening w przypadku Zbyszka przynosi najlepsze efekty?
‒ W przypadku Zbyszka i jego konkurencji 1500 m wydawać by się mogło, że trening powinien pójść w kierunku dynamiki. Z drugiej strony, bardzo ważne jest też przygotowanie wytrzymałościowe. W jego specjalności udział tych procesów energetycznych jest właściwie podobny ‒ 50/50. Dlatego trochę balansujemy między jednym a drugim. U Zbyszka przede wszystkim chodzi o ekonomię i elastyczność. Z tym jest pewien problem i dlatego musimy zachować odpowiednie proporcje między treningiem siłowym a treningiem typowo łyżwiarskim z ćwiczeniami imitacyjnymi, które naśladują jazdę na łyżwach. Pytanie jest zawsze jedno. Jak pogodzić objętość z intensywnością? Dlatego szukamy najlepszych proporcji.
Czy to prawda, że nie jesteś zwolennikiem typowych treningów siłowych?
‒ Nie, to nie tak. Ja uważam, że trening siłowy musi bardzo korelować z tym wszystkim, co dzieje się na łyżwach. Podstawowym ćwiczeniem była i będzie sztanga. Tylko ja jestem zwolennikiem ruchu naturalnego. Stylu, który podczas ćwiczeń preferują ciężarowcy. Obecnie pojawiło się wiele propozycji ćwiczeń polegających na dokładnym wyizolowaniu określonej partii mięśni. Moim zdaniem to niebezpieczne, gdyż zaburza koordynację. Ćwiczenia ze sztangą, jestem o tym przekonany, powinny być wykonywane w sposób naturalny, dynamiczny i elastyczny. Tak naprawdę siła ma wspomagać, a wszystko co najważniejsze dzieje się w pozycji łyżwiarskiej na lodzie. Najgorsze to zaburzyć proporcje.
Czy tak doświadczony trener może się czegoś nauczyć od zawodnika, z którym pracuje? Czy trener Wiesław Kmiecik nauczył się czegoś od Zbigniewa Bródki?
‒ Oczywiście. Zbyszek jest jeden. Nigdy wcześniej nie pracowałem z zawodnikiem, który odniósł taki sukces. Sukces, do którego dochodziliśmy razem. W tym czasie poczyniłem wiele cennych obserwacji. Przygotowania do sezonu to proces, który musi falować. Jest bodziec i odpoczynek, ale generalnie trenuje się na zmęczeniu. Brzydko mówiąc: katuje się organizm. Sztuka polega na wyczuciu, kiedy przerwy na wypoczynek wydłużyć i ciężką pracę odpuścić. Tak, by przed startem wszystko było przejrzyste.
Co z relacji trenera z profesjonalnym sportowcem można przenieść na układ trener personalny – klient?
‒ Poza działalnością w sporcie zawodowym zebrałem sporo doświadczeń w pracy z dziećmi i młodzieżą. Każdej wiosny trenuję przez kilka miesięcy w klubach Pilica i UKS w Tomaszowie Mazowieckim. Przekonałem się, że wbrew pozorom trzeba mieć dużą wiedzę, by przypadkiem komuś nie zrobić krzywdy. Niebagatelne jest doświadczenie, bo na siłowni bardzo łatwo przesadzić. Niezbędna jest wiedza dotycząca anatomii człowieka. Trener personalny musi wiedzieć, jak funkcjonują układ krążenia i układ kostny człowieka. Każdy z podopiecznych jest przecież inny i tylko wiedza oraz doświadczenie pozwolą dobrać odpowiednie ćwiczenia i obciążenia.

Zbigniew Bródka
Zbyszek, powiedz prawdę, kto rządzi w waszym tandemie?
‒ Dobre pytanie.Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Raz ja jestem górą, raz trener. Generalnie, staramy się iść na kompromis i uważam, że to jest dobry układ. Również dlatego osiągnęliśmy wspólny sukces.
Rozumiem, że nie ma w waszym przypadku mowy o układzie nauczyciel – uczeń?
‒ Nie. To relacja partnerska. Moim zdaniem taka właśnie powinna być i jest. Nie ma innego wyjścia, musimy się uzupełniać i współgrać. Chodzi o to, by sprostać wzajemnym oczekiwaniom. Trener zawsze będzie mnie przekonywać, bym zrobił coś lepiej lub więcej. Z drugiej strony, ja też prezentuję swoje racje i jeśli jestem czegoś pewny, to staram się do tego namówić trenera.
Plany szkoleniowe proponuje i przedstawia trener. Czy zawsze je w pełni akceptujesz?
‒ Część ćwiczeń wykonuję z automatu i nawet się nad nimi nie zastanawiam. Obaj wiemy, że są one właściwe i potrzebne. Do innych zadań trener musi mnie przekonać. Podobnie robię ja, kiedy chcę wprowadzić jakąś nowość. Tak jest w tym sezonie, kiedy dokonujemy zmian i modyfikacji w przygotowaniach. Trener wie swoje, ja czasami jestem innego zdania i szukamy kompromisu. Uważam, że bez rozmowy i zdrowej relacji daleko byśmy nie zaszli. Tak naprawdę chcemy przecież tego samego. Dojść do najwyższego poziomu i osiągnąć sukces.
Co najbardziej lubisz w treningu i co sprawia ci największą frajdę? Tylko mi nie mów, że najprzyjemniejszy jest koniec ćwiczeń…
‒ To oczywiście miły moment, ale raczej nie jestem zawodnikiem, który obija się na treningu. Lubię zajęcia, które maksymalnie mobilizują mnie do pracy. Jak to my mówimy, „wyjeżdżają” do samego końca nasz organizm. Najcięższe interwały to dla mnie chleb powszedni. Lubię docierać do granic swoich możliwości. Przejeżdżamy kilkanaście okrążeń toru i dopiero wtedy zaczynamy się ścigać. To wszystko przydaje się później na zawodach.
Obecnie nie jesteś w najwyższej formie i to widać na lodzie. Wprowadziłeś do treningu nowe rozwiązania i póki co spodziewanych efektów nie ma. Nie korci cię, żeby wrócić do sprawdzonych schematów?
‒ Zawsze jest tak, że jeżeli nowe rozwiązania są dobre, to każdy idzie w tym kierunku. W tym przypadku, nie wszystko się sprawdziło, ale kilka rzeczy jest pozytywnych i z nich chcę skorzystać. Trening, który wykonywałem przed igrzyskami w Soczi, dostarczał bodźców i wszystko było w porządku. Po igrzyskach już niestety tego nie czułem i dlatego poszukuję alternatywy. Wiem, że w drodze do kolejnych igrzysk olimpijskich jest dużo czasu, aby ten odpowiedni bodziec znaleźć i sobie wszystko od nowa poukładać. Mam też świadomość, że mogę się mylić. Na pewno trener ma inne spostrzeżenia, obserwując mnie jako zawodnika jeżdżącego na torze. Ja mogę czuć, że jestem silniejszy, ale co z tego, jeżeli to się nie przekłada na jazdę na łyżwach. On pewne sprawy widzi inaczej. Staramy się o tym rozmawiać, choć nie zawsze jest to łatwe. Mimo wszystko wierzę, że pójdziemy w dobrym kierunku i ten oczekiwany sukces przyjdzie jeszcze w tym sezonie.
Wiecie już, co zrobić, by kibice mogli oglądać znowu triumfującego Zbigniewa Bródkę?
‒ Przede wszystkim musimy wyciągnąć wnioski z tego, co zrobiliśmy do tej pory i skorygować plan treningowy. Każdy z nas ma jakieś uwagi. Ja miałem je nawet przed igrzyskami w Soczi, które przecież były dla nas takie wspaniałe. Jeżeli poprawię wyniki to znaczy, że jesteśmy na właściwej drodze i znaleźliśmy kompromis. Prawda jest taka, że brak satysfakcjonujących rezultatów najbardziej odbija się na zawodniku. Trener pracuje z grupą kilku, kilkunastu panczenistów i swoją uwagę w naturalny sposób skupia na tych najlepszych. Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego staram się wydobyć od trenera wszystkie te dobre rzeczy, które mogą funkcjonować w połączeniu z tym, co dobre w nowościach, które zaproponowałem.
Czego oczekujesz w tych trudnych dniach od swojego trenera? W czym Wiesław Kmiecik może ci najwięcej pomóc?
‒ Trener jest świetnym obserwatorem. Ja mogę coś czuć, ale on to widzi z jeszcze innej perspektywy. Czasy, które osiągam, są wyznacznikiem mojego biegu jako całości. Trener analizuje ten bieg pod wieloma względami i dokładnie wie, w którym miejscu jesteśmy. Wskazuje kierunek, w którym powinniśmy podążać. Bardzo ważny jest dla mnie jego stoicki spokój. Kiedy pojawia się presja i chęć osiągnięcia wyniku, a oczekiwania kibiców rosną, najważniejsze to nie ulegać panice. Tak było również przed Soczi i w trakcie igrzysk. Po moim starcie na 1000 m nie wszystko było piękne i kolorowe. Niektórzy już nawet nas skreślili. Tymczasem trzy dni później zdobyliśmy złoty medal olimpijski. Zaprocentowały spokój i cierpliwość.
Czy w waszej relacji trener – zawodnik coś się zmieniło po igrzyskach olimpijskich w Soczi? Jeśli tak, to czego te zmiany dotyczyły?
‒ Teraz trener trochę inaczej odbiera moje uwagi. Wcześniej bardzo często wspominał Jaromira Radke, który był wzorcem i jego najlepszym, piątym zawodnikiem igrzysk olimpijskich. Po Soczi to się skończyło. Osiągnęliśmy wspólny sukces, doszliśmy do tego razem i to jest fajne. Dodatkowo to nas napędza i motywuje do dalszej pracy.
Co sprawiło, że uwierzyłeś, że wasza współpraca może przynieść tak doskonałe efekty. Większość zawodników o olimpijskim złocie może tylko pomarzyć.
‒ Podstawą było moje pełne zaufanie do trenera. Mieliśmy wspólny cel, którym było zdobycie jakiegokolwiek medalu olimpijskiego. Wtedy jego kolor nie był istotny. Po drodze napędzały nas sukcesy. Wygrałem w swojej konkurencji klasyfikację Pucharu Świata. To nas podbudowało i umocniło. To w tamtych dniach się przekonałem, że stać nas na zdobycie medalu w Soczi.
Podobnych duetów jest wiele na świecie, ale tylko nieliczni wchodzą na szczyt. W czym tkwi wasza siła i moc?
‒ Mamy podobne charaktery. Obaj jesteśmy spokojni. Wierzymy w to, co robimy i jeśli nawet po drodze zdarzą się nam pomyłki, potrafimy zachować ‒ jak to się mówi ‒ olimpijski spokój.
Moim zdaniem obaj też jesteście uparciuchami. Szybko nie zmieniacie zdania.
‒ No tak. Ja wiem, że jestem uparty. Gdybym taki nie był, pewnie nie zdobyłbym olimpijskiego złota. Zdanie zmieniam dopiero, jak się o czymś przekonam kilka razy. Myślę, że to też taka nasza wspólna cecha.
W pracy treningowej masz do czynienia z zawodowcem, jakim niewątpliwie jest Wiesław Kmiecik. Czy równie profesjonalnej wiedzy i podejścia powinniśmy oczekiwać przychodząc do klubu fitness?
‒ Trener musi być dla klienta autorytetem. Powinien być pewny i przekonany do wszystkiego, co robi. Jeśli trafi na dociekliwego podopiecznego, który dostrzeże jakąś niepewność w poczynaniach swojego opiekuna, to ćwiczący przestanie się w pełni angażować w pracę. Trener musi mieć jasny plan działania, tak by klient miał poczucie, że wspólna praca jest świadoma i dobrze mu służy. Dobry trener zna odpowiedź na każde pytanie.
Dziękuję za rozmowę i życzę wam sukcesów.

[Notka biograficzna autora] Piotr Dębowski
Doświadczony dziennikarz i prezenter. Od roku 1998 związany z redakcją sportową TVP 1. Komentator TVP Sport. Specjalizuje się w siatkówce, piłce ręcznej, tenisie stołowym oraz łyżwiarstwie szybkim. Nominowany do nagrody „Dziennikarz roku 2006” na Międzynarodowym Festiwalu Filmów i Programów Sportowych w Warszawie. Relacjonował przebieg igrzysk olimpijskich w: Sydney 2000, Atenach 2004, Turynie 2006, Pekinie 2008, Vancouver 2010, Londynie 2012 i Soczi 2014. Ponadto komentował mecze Ligi Światowej polskich siatkarzy, a także siatkarskich mistrzostw świata (Japonia 1998, Argentyna 2002)
i mistrzostw Europy (Rzym 2005). Autor pamiętnego komentarza złotego biegu Zbigniewa Bródki na igrzyskach olimpijskich w Soczi w 2014 r. Konferansjer największych imprez biegowych i lekkoatletycznych w Polsce oraz konferencji prasowych o tematyce sportowej.