Trening w blasku świec

Jest takie miejsce, w którym klient oddaje pod opiekę trenera lub instruktora nie tylko swoje ciało, ale i duszę. Miejsce, w którym nie ma bieżni ani sztang, a zamiast zapachu potu czujemy aromat świec i świeżo zmielonej kawy. O pomyśle na trochę inny fitness rozmawiamy z Katarzyną Zawadzką, współwłaścicielką Studia Bo.So. Body&Soul na warszawskim Wilanowie.

 

Przekraczając próg studia odniosłam wrażenie, że znajduję się w innym świecie. Zachwycające wnętrze, bardzo dopracowane i stylowe, ciepłe światło, dużo świec, zapach świeżo zmielonej kawy. Nie przywodzi to na myśl wysiłku, wylewania potu, a jednak jest to studio treningowe. Skąd pomysł na taką oprawę dla fitnessu?

− Kiedy pięć lat temu otwieraliśmy pierwsze własne (jeszcze wtedy małe) studio, zdecydowaliśmy się na taki właśnie styl − coś pomiędzy teatrem a eleganckim spa. Zauważyliśmy, że zarówno panie, jak i panowie lepiej czują się w takim miejscu, które nie kojarzy się ze skrzyżowaniem sali gimnastycznej na WF-ie i korporacyjnego „open space”. Przychodząc do nas na zajęcia są zadowoleni, że znajdują się w pięknym miejscu, umeblowanym antykami, gdzie ktoś wszystko specjalnie dla nich dokładnie przygotował. Ludzie lubią otaczać się pięknem, nie ma się co oszukiwać. Na zajęciach zapalamy świece, kryształowe żyrandole i czasem kominek, a po treningu klienci korzystają sami z dużej, pięknej kuchni, gdzie mają wybór herbat i świeżo mieloną kawę. Z jednej strony wnętrza są eleganckie i stylowe, z drugiej atmosfera jest domowa, zapewniamy indywidualne podejście. Żeby to osiągnąć, musimy mieć taką willę jak ta na ul. Królewicza Jakuba. Tylko w takich miejscach ludzie mogą poczuć się wyjątkowo.

 

Studio Bo.So. Body&Soul to szczególne miejsce. Już sam człon nazwy Body&Soul wskazuje, że klienci mogą liczyć nie tylko na to, że zaopiekują się państwo ich ciałami, lecz także sferą psyche. Takich placówek treningowych nie ma wiele. Skąd pomysł na tego typu studio?

− Uśmiecham się, mówiąc: „z mojej głowy”. Mam specyficzną wrażliwość. Wywodzimy się ze świata artystycznego − moja mama, mój mąż i ja (ludzie, którzy stworzyli firmę) − wszyscy kiedyś pracowaliśmy w teatrze. Moja mama jest z tego samego pokolenia co Janusz Józefowicz, zaczynali w tym samym miejscu, w Teatrze Muzycznym w Chorzowie. Mój mąż Wojtek grał jakiś czas później jedną z ról w musicalu „Metro”. Sami artyści (śmiech). Ja też kilka razy tańczyłam na deskach Teatru Muzycznego w Gdyni, zanim nie zakochałam się i nie wyjechałam do Warszawy. Wtedy zaczęłam na dobre zajmować się fitnessem. Na zajęciach u mnie było zawsze dużo ludzi, bardzo dbałam o klientów, o odpowiednią oprawę muzyczną, zapalałam świece na zajęciach. Chciałam, by oprócz poprawiania zdrowia i wyglądu, moi klienci czuli takie duchowe katharsis – jak w teatrze. Ruch pozwala nam się otworzyć na sferę duchową. Skupiając się na nim, możemy łatwiej odrzucić codzienne problemy. Jeśli dodamy do tego odpowiednia muzykę, grę światła, wnętrza, zapachy, wizualizacje, to mamy nie tylko jakościowo świetny trening, ale i doskonałe odprężenie.

 

Jest pani trenerem i szkoleniowcem. Jak zrodziła się u pani pasja do zajęć fitness i skąd szczególnie upodobanie do zajęć body&mind?

− Myślę, że wynika to z mojej natury. Uważam, że nie ma ludzi od wszystkiego. Ja zawsze byłam tą „wrażliwą”. Menedżer dużej warszawskiej sieci, który lata temu przyjmował mnie do pracy powiedział: „dziwnie prowadzisz to TBC, ale właściwie bardzo poprawnie, tylko dziwnie”. Uwielbiał za to mój pilates i zajęcia taneczne. Potrafiłam zrobić wzmacnianie do muzyki klasycznej, biegałam między ludźmi, poprawiałam, tłumaczyłam, zachęcałam do pracy w parach, przynosiłam własny sprzęt… Fitness stał się dla mnie pomysłem na życie, a nie formą dorabiania. Chciałam pracować z ciałem, a nie chciałam już być tancerką. Szybko poszłam w takie formy jak pilates, joga, TriloChi – pozwalały mi głębiej wchodzić w temat, rozwijały mnie jako instruktora i człowieka. Tak powstał mój autorski trening – Balet.

 

W grafiku zajęć studia widzę przewagę zajęć body&mind, ciekawi mnie jednak obecność treningu funkcjonalnego. Z jednej strony joga i balet, z drugiej TRX. Skąd pomysł na taką ofertę?

− Body&mind to temat zupełnie jeszcze w Polsce nierozwinięty, chcemy promować te zajęcia i zarażać nimi, mają one zbawienny wpływ na całego człowieka. Trening funkcjonalny znalazł się w grafiku dla naszych panów − oni chcieli treningu inteligentnego, ale mniej „rozbuchanego” duchowo. Te godziny cieszą się też powodzeniem u pań – ofertę tworzymy pod klientów, nigdy odwrotnie. TRX to bardzo świadomy wybór. Systemy podwieszane pomagają mi trenować ludzi według innych systemów. Jeśli trudno mi jest wytłumaczyć coś na pilatesie czy na balecie, często pomocny jest właśnie TRX. Mogę zrobić z TRX-em świetny stretching lub właśnie trening funkcjonalny. Mój TRX jest w duchu body&mind, choć potrafimy też zrobić klasyczne zajęcia. Pilatesowcy bardzo je lubią. Mogą jeszcze bardziej poczuć swój „środek”. Zdaję sobie sprawę, że takie rzeczy są możliwe tylko w takim studiu jak nasze. Znamy swoich klientów i rozwijamy ich.

 

Proszę opowiedzieć o grupie docelowej studia. Do kogo kierują państwo swoją ofertę i w jaki sposób pozyskują państwo klientów?

− Nasi klienci to z jednej strony osoby, które chciały ćwiczyć dla zdrowia, ale kompletnie nie odpowiadała im atmosfera klubów fitness, a z drugiej strony ludzie, którzy regularnie trenowali w klubach, chcą się ciągle rozwijać i po wypróbowaniu treningów u nas odkryli, że możemy im oferować znacznie więcej niż klub. Marketing szeptany to nasza tajna broń od lat.

 

W ofercie studia znajdują się także treningi personalne. Czym różnią się one od tych, które oferują kluby fitness?

− Na to pytanie najlepiej odpowiedzieliby moi klienci. Do każdego z nich mamy indywidualne podejście – wiemy, co lubią, czego nie. Otaczamy ich nawet ulubionymi zapachami i muzyką. Jesteśmy w stałym e-mailowym i telefonicznym kontakcie z klientami, radzimy im często na odległość. Można do nas przyjść z dzieckiem. W czasie, gdy rodzic trenuje, maluch ma zapewnioną opiekę i zajęcie. W tej samej sali gdzie ćwiczy mama lub tata, bądź w innej, zgodnie z życzeniem. Zdarzają się sytuacje, kiedy klient przychodzi z żoną – ona w czasie jego treningu pije kawę i czyta książkę przy kominku, a potem razem idą do sauny, którą wcześniej dla nich zarezerwowaliśmy. Nie wiem, jak jest gdzie indziej. U nas klienci czują się wyjątkowo i oczywiście zapewniamy im wysoką jakość treningu pod okiem wykwalifikowanych trenerów.

 

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Monika Wróblewska-Płocka