Trening ma sens

Olsztyn. Upalny letni dzień. Nic się nie chce. Ale jak się okazuje, niemoc dotyczy tylko mojej osoby. Mój rozmówca, znany kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc, nie tylko kocha wysokie temperatury, ale zgłasza gotowość do treningu w tych warunkach. − Zaczynam mieć ogromną satysfakcję z tego, że lepiej posługuję się swoim ciałem. Nigdy nie myślałem, że trening będzie mnie cieszył – mówi z energetycznym uśmiechem 52-letni mistrz kierownicy. Ten entuzjazm jest zdecydowanie zaraźliwy.

 

Wydawać by się mogło, że praca kierowcy rajdowego nie ma zbyt wiele wspólnego z aktywnością fizyczną…
− No tak, przecież kręci tylko kierownicą, naciska trzy pedały i to wszystko siedząc. Czasem przeniesie go trochę w lewo lub w prawo na zakręcie. Okazuje się jednak, że zwłaszcza w rajdach cross-country, czyli terenowych, wymagana jest bardzo duża wytrzymałość na ogromne przeciążenia, które powstają po pierwsze, podczas przejazdu po dziurach, po drugie, wynikają z możliwości samochodu, z jego niesamowitej trakcji. Dlatego tak istotną rolę odgrywają mięśnie, które stabilizują kręgosłup. Najwięcej bowiem urazów za kierownicą to urazy kręgosłupa. Ja miałem uszkodzony kręgosłup już dwa razy. Raz był to zmiażdżony 4/5 kręg piersiowy, drugim razem − uszczypnięcie lędźwiowego. Przy okazji miałem też połamane żebra i inne drobiazgi, ale to akurat szybko się zrasta. Teraz bardzo poważnie dachowałem na Rajdzie Polski i wyszedłem z tego bez szwanku, jedynie poturbowany. Drugi samochód dachował i zawodnicy byli połamani. To mówi samo za siebie. Trening ma sens.

Z tego co słyszałam, ćwiczy pan dość intensywnie od roku. Czy zmiany są aż tak odczuwalne?
− Rozpocząłem treningi, bo chciałem popracować nad wytrzymałością i ogólnie lepszą sprawnością. Teraz najbardziej zależy mi na stabilizacji. Zaczynam mieć ogromną satysfakcję z tego, że lepiej posługuję się swoim ciałem. Zaczyna mi być coraz bardziej posłuszne. To jest fantastyczne uczucie. Nagle, siadając, nie poszukuję jakiegoś punktu podparcia, po prostu korzystam z mięśni. Okazuje się, jak zauważył prowadzący mnie ostetopata Rafał Wysocki, iż dość wysoka inteligencja fizyczna powodowała, że funkcjonowałem pozornie prawidłowo, posługując się jedynie częścią mięśni. Oszukiwałam więc samego siebie. Pewne partie mięśniowe w ogóle u mnie nie funkcjonowały. Marcin Woźniak, z którym trenuję, był w stanie ocenić bardzo szybko, co u mnie działa, co nie, i wtedy okazało się, że mam bardzo dużo do zrobienia. Przez długie miesiące nadrabiałem braki. Marcin wyrównywał moje dysproporcje. Teraz powoli czuję, że staję się całością. Jeśli porównać to do samochodu, to do tej pory miałem świetny silnik, dobrą skrzynię biegów, ale kompletnie brakowało mi amortyzatorów. Jeździłem bardzo szybko, pękały mi opony i działy się inne rzeczy z autem, bo nie miałem dobrej amortyzacji. Od prawie roku budujemy moje ciało element po elemencie i nagle zaczyna się to fajnie składać w całość. Bardzo cieszy mnie fakt, że mam coraz większe poczucie władania ciałem, a przez to dużo większą chęć do ryzykowania, do wchodzenia na wyższy poziom w tym, co robię. Nagle mój organizm zaczyna świetnie współpracować. Proszę sobie wyobrazić 30 minut tzw. motocrossu. Samochód pędzi wtedy 100 km/h przez dziury. Odpuszczając mięśnie, po prostu się łamiesz. Dla przeciętnego człowieka jest to niewyobrażalne. Kiedyś po maksymalnie 10 minutach byłem trupem i musiałem puścić gaz. Teraz mogę tak jechać 20 minut. Może 30 minut też będzie dla mnie niedługo wykonalne. Mam świadomość, że jest coś jeszcze do zrobienia, ale też poczucie, że bardzo dużo za mną.

Kiedy wskoczył pan w sportowe ubranie i pojawił się na sali ćwiczeń, miałam wrażenie, że sprawia to panu wielką radość. Co za entuzjazm! Ten uśmiech mówi sam za siebie.
− Nigdy nie myślałem, że będzie mnie cieszył trening w siłowni. Zawsze się zastanawiałem, po co ludzie tam siedzą, dźwigają ciężary. Tymczasem tu w PTC okazało się, że trening, każde ćwiczenie, może być jak zabawa i może cieszyć. Wiedza o treningu jest coraz większa i mam poczucie, że w tym miejscu jest ona wykorzystywana. Kto by pomyślał, że np. parę kroków z moimi ulubionymi gumami na nogach może być tak zabawne, a przy okazji tak efektywne.
Trenuję w PTC trzy razy w tygodniu i uzupełniam to outdoorowo – bieganiem, a teraz także jazdą na nartach i skuterach wodnych. To moja wakacyjna przyjemność.

Na co zwracacie szczególną uwagę w treningu?
− W sportach motorowych kierowcy narażeni są na duże przeciążenia. W rajdach terenowych trzeba mieć jeszcze dużą odporność na tzw. trzymanie obrazu. Oznacza to, że posługując się bardzo krótkimi i dynamicznymi ruchami kierowca musi idealnie odbierać wszystko, co dzieje się wokół. Podczas mojego treningu cały czas walczymy również o to, by mnie otworzyć w klatce piersiowej. Kilka razy łamałem mostek, bo się po prostu składałem do środka w wyniku silnego uderzenia.

A jak z koncentracją? To jedna z cech, bez której zapewne trudno opanować samochód, wskazówki pilota i drogę.
− Pracuję z psychologiem sportowym Dariuszem Nowickim. Jestem bardzo odporny psychicznie, potrafię się odnaleźć w trudnych sytuacjach. To jest  cecha, która u mnie nie wymaga bardziej intensywnej pracy. Ostatnio powiedziano mi jednak, że tracę motywację, kiedy już wiem, że nie walczę o zwycięstwo. A powinienem cisnąć do końca. Tak jak niemieccy piłkarze, którzy grają do końca. Do tego muszę jeszcze dojrzeć i nad tym popracować. Dakar jest bardzo długim rajdem. W tym roku po wypadku, z mojego punktu widzenia, w zasadzie nie było się już po co ścigać, a jednak przyjechałem na metę szósty. Dla mnie było już po wszystkim. Jechałem sobie, przekładałem biegi, ale szefostwo zwróciło uwagę na słabą telemetrię, bo samochód i to co z nim robię jest dla nich cały czas widoczne. Muszę więc i na to zwracać uwagę. Muszę być agresywny, szybki, żeby było widać moją pracę za kierownicą. Tego kibice nie widzą. Kibic w ogóle nie wie, co się dzieje w środku samochodu. A telemetria jest bezlitosna. Pokazuje, jak wchodzisz w zakręt, w którym momencie hamujesz, kiedy dodajesz gazu. Wszystko o zawodniku wiadomo. To pomaga w przygotowaniu do kolejnego odcinka, kolejnego rajdu.

Czy zakochany w treningu rajdowiec zakochał się również w zdrowym odżywianiu?
Tu też dzieją się ciekawe rzeczy, ale bez przesady. Raczej jestem gościem, który jest wszystkożerny, ale zdecydowanie w kierunku drapieżnika. Taką mam konstrukcję i trudno mnie namówić na zmiany. Trzy miesiące przed Rajdem Polski wykluczyliśmy z diety gluten, bo mówiło się, że bez glutenu wzrasta agresja sportowa. To mnie oczywiście bardzo zainteresowało. Nie czuję jednak wielkiej różnicy. Może jestem trochę świeższy. Ale to maksymalnie 5 proc. Nie jest to jakaś zasadnicza zmiana w moim samopoczuciu. I na dłuższą metę nie chcę żyć bez potraw zawierających gluten. Mogę go jedynie ograniczyć. Z kolei od dawna funkcjonuję bez produktów mlecznych i to sobie chwalę. Na Dakarze mamy kucharza, który dba o nasze menu. Mamy swoje termosy z różnymi mieszankami, które są przygotowane indywidualnie na podstawie analizy wyników badań krwi. Nie bez znaczenia, również podczas rajdu, jest umiejętność łączenia pokarmów, ich kolejność. Tego pilnuje się w naszym teamie. To cała układanka, która, jak widać, sprawdza się. Nie ma zmęczenia. Nie jesteśmy ospali.
A na co dzień mam świadomość tego, co jem, ale nigdy nie będę ortodoksem w tym temacie.

Za panem Rajd Polski. Za kilka miesięcy najważniejsza i najtrudniejsza impreza w roku, czyli Dakar. Czy przed rajdem następuje intensyfikacja treningów?
Powoli rozpoczynamy przygotowania do Dakaru. Marcin przygotowuje już plan treningowy. Bardzo ważna będzie tu wytrzymałość. Myślę tu o pracy 2‒3 godziny w tętnie 140‒160. Wtedy będziemy widzieli, jak mój organizm jest naprawdę przygotowany. Poprawnie działające mięśnie to jedynie baza.
Czeka mnie również krótki obóz przygotowawczy, ale to w zasadzie bardziej egzamin. Siedzimy wtedy z zespołem rajdowym przez półtora tygodnia gdzieś wysoko w górach. Zazwyczaj na 2500 m n.p.m. Pewnie dlatego, żeby poprawić morfologię. Podczas rajdu kilka dni jesteśmy na wysokości 3500 m n.p.m., a nawet do 5000 m n.p.m. w Andach, między Argentyną a Chile. Puszczają nas wyposażonych w butlę tlenową. Na wszelki wypadek. Na tej wysokości samochody ledwo jadą. Tam jest bardzo rzadkie powietrze. Turbiny się rozwalają. Z kolei przed rajdem już tylko się relaksujemy, spędzamy czas z rodziną. Chodzi o świeżość na starcie. Na tydzień przed rajdem wyjeżdżamy, żeby się zaklimatyzować, bo kiedy tu jest zima, tam jest lato. Ja kocham wysokie temperatury, więc pod tym względem pobyt na Dakarze w ogóle mnie nie przeraża.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów!

Fot. Zofia Kowalczyk