Czy więcej znaczy lepiej?

 

Był sobie Trener. Był pewny siebie, świetnie wyglądał, miał cały świat u swoich stóp. Gdy przychodził do pracy, roztaczał wokół siebie aurę niedostępności. Ludzie go kochali. Współpracownicy zazdrościli wyników i liczby podopiecznych. Miał wszystko. Renomę, pieniądze, uznanie pracodawcy, codziennie mnóstwo „like’ów” na swoim fanpage’u. Brakowało tylko jednego – życia osobistego.

 

Pracował od rana do nocy. Weekendy czasami miał wolne. Wtedy odsypiał. Menedżer mu często powtarzał: Jesteś świetny! Rób tak dalej! Jestem z ciebie dumny! Bez ciebie ta firma nie istnieje! Z drugiej strony padały słowa: To dzięki nam jesteś w tym miejscu. To my cię stworzyliśmy. Bez nas sobie nie poradzisz. Czy widzisz w tym opisie siebie?

Poczucie akceptacji jest jedną z największych potrzeb człowieka. Widzę wyraźnie, że trenerzy zgłaszający się do mnie z prośbą o pomoc mają z tym kłopot. Prosty przykład. Rozmawiam z trenerem, nazwijmy go Piotr, pytam, czego ode mnie oczekuje. Piotr odpowiada, że chciałby się rozwijać, usamodzielnić, najchętniej odejść z klubu i rozpocząć własną działalność. Rozpoczynamy zatem współpracę. Po pewnym czasie wydaje się, że sytuacja uległa poprawie. Piotr lepiej zarabia – przeskok ze stawek obowiązujących w klubach na zarobki samozatrudniającego się trenera jest dość duży. Nagle za trening zarabia się około trzech razy więcej. Z trenera jednak ulatuje energia, bo odkrywa, że ma więcej wolnego czasu i nie potrafi się w tej sytuacji odnaleźć. Dzwoni do mnie zaniepokojony, bo zaczyna mu to przeszkadzać. Mało tego, postrzega siebie jako złego trenera. Dlaczego? Bo nie sprzedaje, bo brak mu adrenaliny, bo brak mu pochwały menedżera. Nie potrafi odpoczywać, bo przyzwyczaił się do pracy od rana do wieczora, do rywalizowania z kolegami, koleżankami, kto sprzeda więcej treningów. Czuje się jak na odwyku. Do tego ma poczucie, że skoro ma mniej klientów niż koledzy, to znak, że tamci są lepsi od niego. I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu, czyli braku akceptacji samego siebie. Trenerzy zazwyczaj szukają jej u innych – u menedżera klubu, u kolegów z pracy, u znajomych spoza branży. Z tymi ostatnimi nie jest prosto, bo swoim stylem życia nierzadko irytują innych. Jak? Choćby tym, że nie piją alkoholu, nie jedzą tego co inni, nie mają siły na imprezy. Prawdę mówiąc wielu trenerów w życiu prywatnym ma mało znajomych. Zwłaszcza ci, którzy dużo pracują. Liczba posiadanych klientów to dla wielu trenerów wyznacznik ich wartości. Nawiązanie współpracy traktują jako akceptację własnej osoby. Akceptacji szukają też na portalach społecznościowych, skwapliwie liczą „lajki”, wyczekują na pochwalne komentarze. Zdarza się, że w sieci kreują się na kogoś całkiem innego niż są w rzeczywistości. Chodzą na wszystkie możliwe szkolenia, myśląc że ich wartość zależna jest od liczby zaliczonych kursów.

 

Chodzi o cyfry?

Zatem czy więcej oznacza lepiej? Ilość określa jakość? Niekoniecznie. Moim zdaniem dobry trener to człowiek, który działa spójnie, w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Pracuje tyle, na ile sam sobie pozwala. Nie mam prawa oceniać, czy ktoś pracuje mało, czy dużo, bo nie znam jego historii. Jednocześnie dla mnie dobry trener poświęca podopiecznym bardzo dużo czasu. Przede wszystkim między treningami, kiedy potrzebują oni najwięcej motywacji. Ma czas na budowanie i utrzymywanie relacji z podopiecznymi. Ma czas na swoje treningi, na przygotowanie się do treningów podopiecznych i przede wszystkim na regenerację.

Życie trenera to również sztuka wyboru. Im dłużej pracujesz, tym bardziej zaczynasz sobie zdawać sprawę, że prowadzenie 14 treningów dziennie nie do końca jest fajne. Będąc pracownikiem, robisz wszystko, by zdobyć uznanie pracodawcy. Niestety, w Polsce jeszcze w większości klubów obowiązuje model, który wartość trenera wyznacza na podstawie jego wyników sprzedażowych. Stajesz przed wyborem: pracować jako trener czy jako sprzedawca? Nienawidzę tego słowa. Wielu trenerów nie sprzedaje tylko dlatego, że traktuje siebie właśnie w kategorii sprzedawcy, a nie trenera.

Pytanie, czy naprawdę o to chodzi? Czy chodzi tylko o cyfry? Osobiście uważam, że niestety wielu menedżerów zostało nimi tylko dlatego, że sami potrafili sprzedawać. Niekoniecznie mają oni dar i umiejętności do kierowania ludźmi. Brakuje im wiedzy, a kluby często nie inwestują w ich edukację. Często manipulują pracownikami – w większości przypadków nieświadomie. Wina leży nie tylko po stronie menedżerów. Problem leży również w samych trenerach. Mają niemal zakodowane w głowie, że tylko wysoka sprzedaż daje im status dobrego pracownika. Swoją wartość uzależniają od swoich wyników sprzedażowych. Dochodzi do sytuacji, że źle się czują, mając trochę więcej wolnego. Cierpi na tym jakość ich treningów, ale nie przejmują się tym. Zrobią wszystko, by usłyszeć od menedżera: „wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć”.

Zastanawiam się od dłuższego czasu, do czego to wszystko się zmierza. Kiedy to wszystko się zmieni. Kiedy trenerzy pojmą, że sprzedaż jest skutkiem ubocznym ich zaangażowania w relację z przyszłym podopiecznym. Trener powinien być dla klienta wzorem do naśladowania, człowiekiem, od którego bije harmonia. A tymczasem trenerzy nieustannie słyszą, że trzeba więcej, mocniej, szybciej.  Treningami personalnymi zaczynają się zajmować coraz młodsze osoby. Pogoń za pieniędzmi i karierą jest niesamowita.

 

Na zakończenie

Jak sobie z tym radzić? Po pierwsze wyznacz swoje godziny pracy. Nie ma zmiłuj. Nie jesteś na każde zawołanie. Po drugie pamiętaj, że godziny pracy to nie tylko przeprowadzone treningi, ale również odpoczynek między nimi. Określ sobie swoje standardy pracy i jeśli widzisz, że przestajesz pracować efektywnie, zmniejsz liczbę godzin. Obserwuj ciało. Planuj urlop. Nagradzaj się. Przede wszystkim pamiętaj, że jesteś tylko człowiekiem. Jedno jest pewne – twoje wyniki sprzedażowe nie są równoznaczne z tym, ile jesteś wart.

 

 

Fot. shutterstock.com