Z łódki do boxu

Odwiesił wiosło, by chwycić za sztangę. Nadal jednak zdobywa medale. Rozmawiamy z Marcinem Szybaj, byłym mistrzem Polski i Świata w kajakarstwie, a obecnie utytułowanym zawodnikiem crossfit, szkoleniowcem i trenerem personalnym.

Przez 12 lat trenowałeś kajakarstwo. Z tego co wiemy z sukcesami, bo 3-krotny tytuł Mistrza Świata i 2-krotny Mistrza Europy to imponujące osiągnięcia. Co spowodowało, że przerzuciłeś się akurat na crossfit?

Crossfit na początku był dla mnie sposobem na polepszenie motoryki, dzięki czemu miałem stać się jeszcze lepszym kajakarzem. Jednak w pewnym momencie ten sport zaczął mnie wciągać coraz bardziej. Zacząłem wykonywać ćwiczenia, których nigdy wcześniej nawet nie znałem i okazało się, że przynosiły one bardzo wymierne korzyści dla mnie jako kajakarza. Znacząco poprawiłem wszystkie parametry motoryczne, stałem się sprawny jak nigdy wcześniej. Zaważyłem bardzo duży progres w mojej dyscyplinie. Początek przygody był taki, że robiłem 1-2 workouty w tygodniu jako uzupełnienie treningu kajakarskiego. Z czasem tych workoutów przybywało, byłem coraz bardziej głodny crossfitu. Oczywiście kajakarstwo nadal było dla mnie na pierwszym miejscu, ale z czasem ta pozycja coraz bardziej się osłabiała. Przyszedł moment, w którym bardziej cieszyła mnie możliwość zrobienia treningu crossfit niż pływanie na kajaku. Zdarzało się, że zamiast iść wiosłować, wolałem spędzić ten czas na nauce ćwiczenia, które zobaczyłem u jakiego topowego zawodnika crossfit. Wtedy zacząłem się zastanawiać,czy nie zamienić wiosła i łódki na box crossfitowy.
Nowy sport zadziałał na mnie jak narkotyk. W kajaku jest tylko człowiek, wiosło i woda, zaś w crossficie jest zupełnie inaczej – jest społeczność, energia, gra muzyka, wszyscy są uśmiechnięci. Myślę, że ta wyjątkowa atmosfera miała duży wpływ na to, że któregoś dnia po prostu odwiesiłem wiosło i chwyciłem za sztangę, aby zająć się tą dyscypliną na poważnie.
Czy ta decyzja była dobra? Dzisiaj mogę stwierdzić z całą pewnością, że tak. Nie tylko jestem zawodnikiem i spełniam się w tym, co kocham robić.  Jestem również trenerem, dzięki czemu mogę zmieniać życie innych, co przynosi mi ogromną radość.

Zajmujesz się crossfitem od wielu lat. Jakie zmiany obserwujesz na przestrzeni tego czasu, jeśli chodzi o tę dyscyplinę? Czy jej popularność w naszym kraju trochę przygasa, czy wręcz przeciwnie?

Obserwując, na jaką skalę crossfit rozwinął się w USA, myślę, że w Polsce mamy dopiero początek rozwoju tego sportu. Crossfit zmienia się bardzo mocno, zarówno w wymiarze zawodniczym, jak i amatorskim, czyli takim, który dotyczy 99 proc. użytkowników boxów crossfitowych. Kiedy ja zaczynałem trenować, w Poznaniu był tylko jeden box, a dziś jest ich chyba z 10. Świadomość ludzi dbania o własne zdrowie i potrzebę wysiłku fizycznego uległa ostatnimi czasy dużej poprawie. Dodatkowo crossfit zrobił się bardzo modny. Dorobienie całej ideologii, marketing, ubrania, sprzęt, itp. ma na pewno pozytywny wpływ na popularyzację tej dyscypliny. Ilość osób trenujących crossfit rośnie w bardzo szybkim tempie, wpływ na to ma między innym szybkość oddziaływania tego treningu na naszą sylwetkę. Nie ukrywajmy, że większość osób przychodzi po to, aby czuć się i wyglądać dobrze, a chyba nie ma lepszego i szybszego sposobu na to niż crossfit.  Dlatego myślę, że najlepsze czasy dla crossfitu w Polsce dopiero nadejdą.

Względy sylwetkowo-sprawnościowe to niewątpliwie duży wabik. Dużo się jednak mówi o kontuzjogenności tej dyscypliny, głównie wśród amatorów. Z czego to twoim zdaniem wynika?

To jest akurat temat rzeka. Kontuzjogenność crossfitu jest taka sama jak w każdym innym sporcie, zwłaszcza w aspekcie zawodniczym. Będąc zawodnikiem, prędzej czy później coś może się przydarzyć, w końcu balansujemy na granicy, którą chcemy przekroczyć, aby zrobić progres. Jest to rzecz oczywista, że prędzej czy później ciało powie dość. Jednak to od tego, jak się prowadzimy jako zawodnicy, będzie zależało, jak mocno będzie powiedziane to „dość”. Jeżeli dbamy o mobilizację, regenerację i dobre odżywianie, to będą to raczej niewielkie urazy. Na pewno nie większe niż w innych sportach.
Natomiast jeżeli chodzi o amatorów, to moim zdaniem ogromną rolę w przypadku kontuzji odgrywa ich własne ego, a na drugim miejscu jest trener, który to zbyt duże ego powinien „ukrócić”. Crossfit ma taką zaletę, że można wykonać każdy trening w bardzo podobnych, nawet identycznych warunkach, co profesjonalny zawodnik tj. na tym samym obciążeniu, ilości powtórzeń itd. Dzięki czemu można się z nim porównać lub spróbować go nawet pobić. Bardzo fajnie tylko, czy chodząc na pływalnię 3 razy w tygodniu przeciętny człowiek będzie mógł wykonać trening Michaela Phelpsa? Albo pobiec tak szybko jak Usain Bolt? O ile akurat w tych dwóch przypadkach nie powinno się stać nic poważnego ze względu na to, że używamy ciężaru własnego ciała, to w przypadku crossfitu dochodzi obciążenie zewnętrzne, które nie zawsze udaj się kontrolować w 100 proc.
I to jest właśnie główna przyczyna kontuzji w treningu crossfit: własne ego. No.bo przecież „ja nie dam rady?”

Jako oceniasz rynek szkoleń crossfit w Polsce? Jaki poziom reprezentują trenerzy?

Sam prowadzę szkolenia dla szkoły Profi Fitness School i wiem, że osoby, które wychodzą spod mojej ręki są bardzo dobrze przeszkolone i będą dobrymi trenerami.
Z crossfitem jest taki problem, że w trakcie 2-dniowego szkolenia szkoleniowiec daje kursantom tylko narzędzia. Czeka ich jeszcze wiele pracy nad samym sobą, a dopiero później mogą myśleć o prowadzeniu zajęć. Jest tak z bardzo prostej przyczyny – ćwiczenia w crossficie są wielostawowe, a co za tym idzie, wymagają skoordynowania kilku ruchów w jednym momencie. Niestety ludzie dzisiaj mają z tym problem m.in ze względu na siedzący tryb życia. Do tego nakładają się braki mobilności i wiele innych czynników.  Crossfit jest jak szkoła – zaczynasz od początku, od fundamentów, to jak nauka abecadła. Uczysz się przysiadu, pompki, a nie rzucasz się od razu na całki czyli np. rwania, chodzenie na rękach, bo to widziałeś na YouTube.
Liczba trenerów w Polsce jest ogromna i ich poziom wyszkolenia jest różny. Dobry trener nie musi mieć 150 certyfikatów, ale ważne, aby rozumiał, jak funkcjonuje ludzkie ciało i zachowywał zdrowy rozsądek przy planowaniu treningów swoich podopiecznych. Oczywiście samodoskonalenie się w formie szkoleń, kursów jest bardzo ważne. Jednak dla mnie najważniejsze jest doświadczenie jakie posiada trener i opinie ludzi na jego temat.

Sam również pracujesz jako trener. Jak byś opisał samego siebie w tej roli?

Opisanie samego siebie jest nieobiektywne z oczywistych względów. O to, jakim jestem trenerem, należałoby spytać moich podopiecznych. Myślę, że skoro trenuje z większością osób już po kilka lat, to chyba można mnie określić jako dobrego trenera. Dobry trener to taki, który będzie umiał porozumieć się z każdym podopiecznym, przekaże mu swoją wiedzę w taki sposób, aby on to zrozumiał i potrafił wytłumaczyć innej osobie, dlatego tak ćwiczy.  Obudzi w nim świadomość potrzeby ruchu, a także czasami krzyknie, kiedy będzie trzeba lub poda pomocną dłoń przy małym potknięciu. Trener to osoba, która odpowiada nie tylko za motorykę, ale również za psychikę swoich podopiecznych i takim staram się trenerem być. A czy nim jestem? Tak jak wcześniej powiedziałem trzeba spytać moich podopiecznych.

Jako zawodnik, startujący w zawodach crossfit zarówno w Polsce, jak i za granicą masz zapewne rozeznanie jak wygląda poziom naszych zawodników na tle rywali z innych krajów. Jak byś go ocenił?

Wystarczy spojrzeć na Crossfit Games Regionals 2016 i 2017, gdzie było nas aż pięcioro zawodników z Polski. To była chyba najliczniejsza reprezentacja. Podobno w Polsce jest największy odsetek zawodników względem wszystkich trenujących crossfit. Czyni to nas bardzo kompetatywnym państwem, w którym co chwila odbywają się jakieś zawody.
Oczywiście mamy jeszcze wiele do zrobienia, aby móc uważać się za taką kuźnię crossfiterow, jak np. Islandia. Widać jednak, że zawodnicy z Polski bardzo mocno „dobijają się” do czołówki europejskiego crossfitu. Coraz częściej zdarza się, że na zawodach to właśnie Polacy, jeśli nie wygrywają, to na pewno znajdują się na bardzo wysokich pozycjach.

Jakie masz plany na najbliższą i dalszą przyszłość? Gdzie widzisz siebie za rok-dwa, a gdzie za 10-15 lat?

Plany na najbliższą przyszłość to ponowne zakwalifikowanie się na Crossfit Games Regionals. Jest to jednak tylko „przystanek”, bo nadrzędnym moim celem jest awans na Crossfit Games, czyli na trzeci, ostatni etap wyłaniania najsprawniejszego człowieka na świecie. Z pewnością będę startował zarówno w kraju, jak i poza granicami. Dokładnych planów startowych nie mam, trenuje do mojego głównego celu, wszystkie starty po drodze będę traktował jako element treningu w nieco bardziej stresowym i troszeczkę innym otoczeniu. Tak się klaruje przyszły rok dla mnie jako zawodnika crossfit. A jak będzie za 10 czy 15 lat tego nie wiem. Mam kilka pomysłów na swoją przyszłość, część z nich zakłada pozostanie w świecie  crossfitu, z kolei inne są zupełnie z nim nie związane. W życiu, tak jak w crossficie, musisz być gotowy na niespodziewane, nigdy nie wiesz co spotka ciebie następnego dnia.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Fot. CrossfitHQ